stokilometrow blog

Twój nowy blog

Start sprzed budynku szkoły. Biegnę. Jestem najwolniejszym z biegaczy, ale… późniejsi zwycięzcy zapędzają się gdzieś w okolice rynku i wyprzedzają mnie dopiero na moście na Sanie. Skręcam w drogę do Przędzla. To już po raz trzeci idę tą drogą, na drugiej i trzeciej edycji rajdu też tędy szedłem. 50 kroków biegu, 50 kroków marszu, i tak na zmianę. Nie widzę przed sobą żadnych czołówek, za to goni mnie kilka światełek. Docieram do Przędzla, dróżką między domami dochodzę do drogi-widma, której nie ma na mapie, ale pamiętam ją z ubiegłego roku. I tą drogą na północny zachód, do torów-widma, których także nie ma na mapie. Potem dróżkami wzdłuż linii kolejowej z szerokimi torami LHS, aż do przecięcia z tradycyjną linią kolejową. A później torami, co pewnie było błędem, bo w świetle czołówki widzę niezłe drogi po prawej i lewej. Ale jakoś nie chce mi się zejść z nasypu. Wyprzedzają mnie Zenek Lulek z Markiem Michalczykiem, tak na oko poruszają się dwa razy szybciej niż ja. Biegną po torach, a ja idę szybkim krokiem, skacząc z belki na belkę. W końcu przecięcie z drogą do Niska w Nowosielcu i jeszcze ze dwieście metrów do kuriozalnego „wiaduktu donikąd”. PK1 podbite.

Długi marsz, a czasem marszobieg asfaltówką w stronę Niska. Trzeba uważać na pędzące samochody. Już grubo po północy, a ruch całkiem spory. Po ok. 4 km skręcam w las i śledząc numerację sektorów zbliżam się do PK2. Ten punkt pamiętam z II edycji RDS-u – Babia Góra, czyli wielka wydma w środku lasu. To tu zgubiłem kontakt z Andrzejem Sochoniem, to tu na chwilę „odcięło mi prąd”, stąd dzwoniłem do żony z informacją, że się poddaję… po czym poszedłem dalej. Teraz spotykam jakiegoś napieracza, dowiaduję się tylko tyle, że jeździł do tej pory wyłącznie na rajdy rowerowe. Chyba dlatego jest w lekkim szoku, gdy idę „na rympał” przez rozlewisko w lesie. W tym roku, póki co, na wodę nie można narzekać, panuje susza gdy porównać z rokiem ubiegłym. Przed punktem na Babiej rozchodzimy się, każdy wbija się w PK2 po swojemu.

Las, las, las… w końcu asfalt. I zaraz ponownie las, las, las. Idę sam, jakieś 50 m przede mnę widzę Mariusza Pietrzaka. Trójkę zaliczam po krótkim błądzeniu, widzę w pobliżu punktu Leszka Herman-Iżyckiego i jeszcze jednego zawodnika.

Wracam tą samą drogą do asfaltu, a potem maszeruję na południowy zachód, drogą nudną jak flaki z olejem, kontrolując jedynie numerację słupków. Staram się iść szybko, sporadycznie przechodząc w świński trucht. Po ponad 4 kilometrach skręcam w las na północ i bez problemów podbijam PK4, umieszczony w niewielkiej ambonce na skraju lasu. Odchodząc z punktu spotykam Jacka Janowicza. „Kurde, ja to jestem wymiatacz, Jacka wyprzedziłem!” – taka dziecinna myśl, a dodaje mi sił :-) .

Truchtam na południe wygodną przecinką przez kolejne niewielkie pagórki. Od czasu do czasu spoglądam za siebie, a w oddali majaczy mi „Jacek”. I choć nie wiem czy to on, bo jest za daleko by rozpoznać, to właśnie przed nim uciekam. Taki wirtualny poganiacz. PK5 wchodzi jak w masło. Kątem oka widzę postać w czerwonej kurtce, zbliża się szybko. Trzeba wiać!

Tak, trzeba wiać, ale najlepiej sprawdzić wcześniej dokąd… Radośnie nawiguję z piątki w stronę… PK7. Na szczęście orientuję się w sytuacji w miarę szybko i nawracam się na właściwą drogę. A droga asfaltowa, nawigacja łatwa. Doganiam czerwoną postać, jest to Leszek Herman-Iżycki. Wyprzedzam go. Dzwonię do Janusza Słopieckiego, walczy ambitnie gdzieś między trojką a czwórką. Zaczyna padać – z nieba leci coś pomiędzy deszczem a śniegiem. Na PK6 spotykam Jacka Janowicza, któremu tak zawzięcie uciekałem, ze aż nie zauważyłem jak mnie wyprzedził. Spotykam także drugiego kolegę – to Grzesiek Korpula (o czym dowiem się dopiero z tabeli wyników :-) ), z którym będę maszerował już do końca.

Bagnistą drogą w stronę Zalesia. Tutaj wizyta w sklepie spożywczym. Jest ok. 8:00 rano, dla kilku tubylców świetny czas na poranną, pierwszą butelkę wina. Miło gawędzimy przez chwilę o problemach współczesnego adventure racingu („chyba was pojebało”), żegnam się i znikam zaopatrzony w litr pepsi. Długi przelot asfaltem, a przy zachodnim krańcu wsi wejście w zagajnik. PK7 (ambona) podbity.

Znów długo i ociężale asfaltem. Na szczęście rozmawiamy trochę z Grześkiem, więc czas i kilometry szybciej lecą. Gubię mapę, ale sympatyczny pan na motorowerze wraca się, by przywieźć mi moją własność. Ładnie dziękuję. Staramy się wypatrzeć jakiś skrót, którym można przebić się w stronę Jeżowskiej Góry i PK8. W końcu łąkami i ornym polem wspinamy się na wzniesienie. Wyprzedza nas Mariusz Pietrzak, a na punkcie dogania nas Leszek Herman-Iżycki. Przez chwilę mam ochotę podłączyć się jak przylga do pana Leszka, zwłaszcza, że zapowiada się niezła nawigacyjna jazda na trasie do PK9. Ale honor napieracza zwycięża i postanawiamy walczyć sami. „Nawet jak wdupimy, to zawsze można to ładnie wytłumaczyć, nazywając wariantem autorskim” – mówię do Grześka i ruszamy.

Czy to już fatamorgana? Przed nami przebiega piesek rasy beagle. Nie, to rzeczywistość, obaj widzimy to samo. Dookoła fajna sceneria: pola poprzecinane kanałami melioracyjnymi, zagajniki, trzciny, zupełna dzicz. Teren stworzony wręcz dla dzikich zwierząt. I wkrótce widzimy obrazek jak z taniego landszaftu – na łączce stado jeleni karpackich, wpatrzonych w nas ze zdumieniem. Kluczymy, szukamy mostków, których dawno już nie ma, w końcu decydujemy się na uciążliwy marsz brzegiem potoku. Ciężko, ale skutecznie. Po za tym „autorski wariant” dał możliwość obserwacji efektów pracy bobrów. Z radością podbijamy karty na PK9, wg mapy najtrudniejszym. Uff, gorzej już nie będzie! Na punkcie spotykamy Jacka Janowicza, Wojtka Burzyńskiego i Sławka Mojsiuszko.

Na PK10 idziemy okrężną drogą, przekraczając rzeczkę Rudną przez most k. nadleśnictwa w Rudniku. Długi przelot asfaltem. Widzę, jak z naprzeciwka biegną dwie „pięćdziesiątki” – Ula „Krolisek” i Irek Kociołek, ale skręcają z szosy zanim zdążymy się przywitać. Dojście na punkt banalne. Znów spotykamy trzyosobową ekipę białostocką. Dzwoni Janusz. Zgubił kartę i mapę przed PK8. Szedł na krechę przez pola. Na znalezienie nie ma prawie żadnych szans, ale walczy i szuka. Spełnił się mu zły sen rajdowicza, może lepiej, że nie na kilometr przed metą… W końcu rezygnuje i wraca szosą do Ulanowa. Zrobi 80 km i nie będzie klasyfikowany… Pech.

Trochę lasem, dużo asfaltem, dochodzimy do Kopek. Tu krótka wizyta w sklepie spożywczym. Ja nie wchodzę – w srodku jest tak gorąco, że boję się osłabienia. Dlatego podreptuję w miejscu przed sklepem, przy okazji udzielając „wywiadu” miejscowym degustatorom piwa Trixx (nie znałem) z puszki. Dojście do PK11 na brzegu Sanu łatwe i przyjemne. Tylko myśl, że zostały jeszcze 22 km, działa demotywująco… Grzesiek przeżywa kryzys, na kilka minut odstaje od grupy (2 x Białystok + my), ale szybko wraca do formy. Dzwoni do mnie mój jedyny kibic (poza żoną, oczywiście) – kolega Tadek. Taka rozmowa bardzo podbudowuje.

PK12 czyli wspomnienie zimy. Wspinamy się po śniegu, stokiem, obok wyciągu narciarskiego w Krzeszowie.  Góra całkiem, całkiem – 224 m n.p.m. i prawie 70 metrów wysokości względem Sanu. Zaczyna się ściemniać, jest wilgotno i zimno. Gdyby tu podjechał ktoś po mnie samochodem, to pewnie bym się skusił na zakończenie. Ale na szczęście nikt nie podjeżdża.

Przez kolonię Kamionka i Kamionkę Dolną kierujemy się na przedostatni punkt.  Łatwo nie jest. W lesie nic się nie zgadza, są drogi, których być nie powinno, nie ma zaś tych pozornie oczywistych. W ciemności zdaję się na nawigację kolegów, na chwilę wyłączam umysł i idę za stadem. Spotykamy ponownie Jacka, ma ten sam co my problem. Razem czeszemy zarośniętą polanę na wypłaszczonym szczycie wzniesienia. W końcu decyduję się na telefon do Huberta, z pytaniem o jakimż to ogrodzeniu myślał poeta pisząc „drzewo przy ogrodzeniu 89km”. Lecz zanim otrzymuję odpowiedź słyszę radosne „jest!”. Wojtek znalazł punkt. No, jeśli te dwa zbutwiałe patyki to jest ogrodzenie, to drzewo przy nim rosnące jest baobabem. Ale ważne, że został nam już tylko jeden punkt.

Idziemy w pięciu grzbietem w stronę wsi Glinianka. Mam wrażenie, że wioska oddala się, zamiast przybliżać. Zmęczenie, zniechęcenie. Praktycznie nikt się nie odzywa, szkoda marnować siły. Dopiero we wsi zasięgamy języka, upewniamy się, że idziemy dobrze. Teraz już nie można się zgubić, droga prowadzi prosto jak strzała. Grupa rozjeżdża się: Jacek i Wojtek napierają truchtem, my w trójkę człapiemy mozolnie do Dąbrówki. Mijamy jakiegoś zawodnika, który wyraźnie przeżywa kryzys, ale nie chce skorzystać z oferowanej pomocy. Podbijamy karty na PK14. To już prawie koniec!

Jeszcze 4 kilometry. Nie spieszymy się, mamy spory zapas czasu, a zerowy zapas sił, więc nie ma mowy o szarżowaniu. Przez cmentarz żydowski dochodzimy do ul.T.Buli i szkoły. 22 godziny 31 minut, 15 miejsce. Mission completed. A że zwycięzca był dwa razy szybszy? No cóż, mam kogo gonić na piątym RDS-ie.

Anglicy, wyrażający się prościej od narodów słowiańskich, nazwaliby taki ranking „PMnO All Time Finishers”. A po naszemu będzie nieco dłużej: „Lista wszechczasów zawodników PMnO, którzy ukończyli dystans 100 km w limicie czasu.” To „wszechczasów” brzmi nieco na wyrost, bo PMnO liczy sobie dopiero 5 pełnych sezonów plus kawałeczek szóstego, dopiero co rozpoczętego. Ale za kilkadziesiąt lat nazwa rankingu będzie adekwatna.

Do stworzenia prywatnej listy skłoniła mnie zmiana w regulaminie PMnO. Przez pięć sezonów wszystko było jasne – aby punktować w PMnO należało ukończyć dystans 100 km w limicie czasu, po drodze zbierając potwierdzenia na wszystkich PK. Począwszy od tego roku punkty dostają także zawodnicy, którym się to nie uda. Nie żałuję nikomu kilku punktów do PMnO, ale uważam że akurat ta zmiana regulaminu to nieporozumienie. Studiując wyniki podane w tabeli PMnO trudno jednoznacznie wskazać tych, którzy ukończyli zawody.

Dlatego „ku pamięci potomnych” postanowiłem prowadzić własną tabelkę uwzględniającą jedynie prawdziwych, pełnoprawnych (moim zdaniem) setkowiczów. Doliczyłem się 820 takich setkowiczów wśród panów. Publikuję poniżej tylko wierzchołek rankingu. O kolejności decyduje oczywiście liczba ukończonych z powodzeniem startów w zawodach PMnO. 514 zawodników ukończyło dystans tylko jeden raz, ale aż 306 to recydywa z minimum dwoma setkami na karku. Uchowało się tylko 14 zawodników, którzy punktowali we wszystkich pięciu zakończonych edycjach pucharu. Są to:  Michał Jędroszkowiak, Maciej Więcek, Leszek Herman-Iżycki, Mariusz Pietrzak, Jacek Janowicz, Piotr Szaciłowski, Tomasz Baranow, Andrzej Tymiński, Rafał Kasztelanic, Maciej Kowalski, Krzysztof Dołęgowski, Piotr Gruszkowski, Wojciech Kołodziejczyk, Mariusz Papież. Są wśród nich zawodnicy o nierealnym wręcz „przebiegu” ( M.Jędroszkowiak – 30 setek, M.Więcek – 25), jak i tacy, którzy startują tylko raz w roku (czterej ostatni). 


1 Jędroszkowiak Michał 30
2 Więcek Maciej 25
3 Herman-Iżycki Leszek 24
4 Pietrzak Mariusz 19
5 Janowicz Jacek 18
6 Fudro Edward  16
7 Klapka Michal 15
7 Pryjma Tomasz 15
9 Lulek Zenon 14
9 Szpak Paweł 14
11 Buchajewicz Andrzej 13
11 Kaczmarek Stanisław 13
11 Krasuski Marcin 13
14 Kawecki Marek  12
15 Dominik Ewald 10
15 Lech Paweł 10
15 Pacześny Miłosz 10
15 Sochoń Andrzej 10
15 Wawrzyniak Michał 10
20 Czerniawski Kazimierz  9
20 Kędziora Robert 9
20 Pietrzak Roman 9
20 Szaciłowski Piotr 9
20 Szcześniak Andrzej 9
20 Woźniak Bartosz  9
20 Zacharek Jacek 9
27 Baranow Tomasz 8
27 Kasztelanic Rafał 8
27 Krzysztofik Marcin 8
27 Łaskarzewski Jarosław 8
27 Tymiński Andrzej 8
27 Witkowski Grzegorz 8
27 Zakrzewski Michał 8
34 Kiełbasiński Michał 7
34 Kowalski Maciej 7
34 Podraza Tadeusz 7
37 Głód Michał 6
37 Kłosowicz Maciej  6
37 Korkuś Marcin 6
37 Maraszek Robert 6
37 Pakuła Paweł 6
37 Rybicki Robert 6
43 Baranowski Tomasz 5
43 Dąbrowski Jarosław 5
43 Dołęgowski Krzysztof  5
43 Górski Rafał 5
43 Gruszkowski Piotr 5
43 Hora Vladimir 5
43 Jasiński Bartosz  5
43 Jurkowski Michał 5
43 Kołodziejczyk Wojciech 5
43 Korzański Tomasz 5
43 Kotlarz Paweł 5
43 Łapiński Jakub 5
43 Łuczko Grzegorz  5
43 Papież Mariusz 5
43 Plesiński Mariusz 5
43 Pocierznicki Rafał 5
43 Radecki Mariusz Rafał  5
43 Rycerski Bogdan 5
43 Sakowicz Wojciech 5
43 Woźniak Karol 5

Na blogu Huberta znalazłem prawdziwą perełkę - wywiad ze zwycięzcą Praskiej Setki – Ireneuszem Walugą. W ramach samodoskonalenia się w języku słowackim (jest mi niezbędny by zamawiać vyprazeny syr s hranolkami a zelenou oblohou v Medzilaborcach a Svidniku) przetłumaczyłem ten tekst napisany po czesku. W tłumaczeniu z czeskiego nie ma to jak dobry slovensko-polsky vreckovy slovnik. 

Byla pro Vás noční etapa náročnějsí než denní? Czy etap nocny był dla ciebie bardziej wymagający niż dzienny ?

Ano a ne. Když běžíte v noci, musíte se soustředit na sto procent, abyste ve tmě nasli značky, cestu, kontroly, ve dne je orientace mnohem snazsí, a tak máte víc času vnímat bolavé nohy a únavu. Tak i nie. Gdy biegnie się w nocy trzeba się skoncentrować na sto procent, aby w mroku odszukać znaki, drogę, punkty kontrolne; w ciągu dnia orientacja jest dużo łatwiejsza i ma się więcej czasu na myślenie o obolałych nogach i zmęczeniu.

V noci byl ale zase velký mráz. Jak jste to zvládal? W nocy był naprawdę duży mróz. Jak dawałeś sobie z nim radę ?

Zima byla pořádná a mně se k tomu jestě přidružil problém s chodidly, který trval asi půl hodiny. Pak ale přisel asi tříkilometrový úsek na dobrém asfaltě, kde se dalo běžet a to mi pomohlo. Zimno było porządne a mi dodatkowo przytrafił się problem ze stopami, który trwał około pół godziny. Ale potem przyszedł trzykilometrowy odcinek na dobrym asfalcie, gdzie dało się biec, i to mi pomogło.

Měl jste nějaké krize? Czy miałeś jakieś kryzysy ?

Ano, jednu asi hodinovou na osmdesátém kilometru. Tak, jeden trwający około godzinę, na osiemdziesiątym kilometrze.

Jak jste se s ní vypořádal? Zpomalil jste, nebo jste si dal odpočinek? Jak sobie z nim poradziłeś? Zwolniłeś, czy zrobiłeś sobie odpoczynek?

Neodpočíval jsem, ale pomohlo mi hodně pít. Kvůli chladu jsem také dost jedl a snažil se co nejvíc běžět. Hodně jsem si hlídal i oblečení. Když jsem se do kopce víc zahřál, rozepínal jsem si bundu, abych se zbytečně nezapotil, v rovinkách jsem se zase zapínal a snažil se o udržení stálého tepelného komfortu. Nie odpoczywałem, ale pomogło to że dużo piłem. Z powodu zimna dość dużo jadłem, starałem się też jak najwięcej biec. Byłem dobrze ubrany. Gdy się dobrze rozgrzałem pod górkę to  rozpinałem kurtkę, żeby się niepotrzebnie nie spocić, na równym terenie zapinałem się i starałem się utrzymać stały komfort termiczny.

Používal jste při závodě nějaké stimulanty, či jiné sportovní suplementy? Czy brałeś jakieś środku pobudzające, albo jakieś sportowe suplementy?

Používal jsem energetické gely, ale jedl jsem také sladkosti jako třeba Snickers nebo müsli tyčinky a v camel bagu jsem měl sladký čaj. Używałem tylko żeli energetycznych, ale też jadłem słodycze jak Snickersy i batony musli, a w camelbagu miałem słodzoną herbatę.

Byl tohle Vás první start na Pražské stovce? Czy to był twój pierwszy start w Praskiej Setce?

Ano. Tak.

A běháte podobné závody jinde? A czy biegasz w innych podobnych zawodach?

Běžel jsem podobný závod v Polsku, který byl také stokilometrový, ale byl to závod orientační, takže jsme se museli řídit podle mapy a kompasu, kdežto tady vedla cesta v podstatě po značkách. Biegłem podobne zawody w Polsce, też na sto kilometrów, ale to były zawody na orientację, tak że musieliśmy kierować się według mapy i kompasu, choć gdzieniegdzie droga prowadziła według znaków.

Který závod byl pro Vás obtížnějsí? Która z imprez była dla ciebie trudniejsza?

Každý byl jinak obtížný. Tento byl velmi rychlý. Ten druhý závod v Polsku byl také rychlý, ale tam když se koukáte do mapy, mají svaly chvilku času relaxovat, zato mozek musí pracovat na plné obrátky pořád. U Pražské stovky se musíte koncentrovat spís na fyzickou stránku věci. Obie były trudne w inny sposób. Te były bardzo szybkie. Te drugie zawody, w Polsce, też były szybkie, ale tam zagląda się do mapy i jest chwila na odpoczynek dla mięśni, ale  mózg musi pracować na pełnych obrotach. W Praskiej Setce trzeba się skoncentrować głównie na fizycznej stronie zagadnienia.

Jste spokojený s časem? Měl jste před závodem nějakou představu, jakého času byste chtěl dosáhnout? Czy jesteś zadowolony z czasu? Czy przed zawodami miałeś jakieś założenia jaki czas chciałbyś osiągnąć?

Původně jsem si myslel, že bych to mohl zvládnout za nějakých 15 – 16 hodin, ale když jsem viděl, kolik je sněhu a jaké jsou podmínky, věděl jsem, že je to nereálné. Přesto vítěz minulého ročníku měl čas osmnáct hodin čtyřicet osm minut, a my v opravdu náročných podmínkách a na trati jestě o tři kilometry delsí jsme měli čas jestě lepsí, takže jsem spokojený. Początkowo myślałem że mógłbym dać rady w ciągu jakichś 15-16 godzin, ale gdy zobaczyłem ile jest śniegu i jakie są warunki wiedziałem że to nierealne. Ubiegłoroczny zwycięzca miał czas 18 godzin 48 minut, a my w naprawdę wymagających warunkach i na trasie o trzy kilometry dłuższej mieliśmy czas jeszcze lepszy, więc jestem zadowolony.

A nenapadlo Vás před závodem, že byste kvůli počasí nenastoupil? A czy dopuszczałeś przed zawodami, że z powodu pogody nie ukończysz?

Ne, říkal jsem přátelům, že když bude spatné počasí, bude to pro mě lepsí, protože když to zvládnu, budu si moci říct, že jsem opravdový tvrďák. (smích) Nie, mówiłem przyjacielowi że jak będzie zła pogoda to będzie lepiej dla mnie, dlatego że jak to wygram to będę miał prawo powiedzieć, że jestem prawdziwym twardzielem (śmiech).

( dopisek od tłumacza : konec )

Dwudziesta pierwsza godzina Nawigatora,  z okładem. Sześciu zamarzniętych zombie idzie w milczeniu chodnikiem przez przecudnie szare i nijakie przedmieścia Mińska Mazowieckiego. Nie widać żadnej znaczącej różnicy między mazowieckim a tym białoruskim, gdzie drzewiej bywałem.
Jadący z naprzeciwka samochód marki stare, zajechane BMW, wyposażony z turbo nagłośnienie wnętrza, wypełniony muzą umpa, umpa i bywalcami mińskomazowieckiej siłowni, zwalnia… Opuszcza się szyba… Twarz nalana, nachalna i nachlana pojawia się w okienku i zagaja : Pojebało was ?!
BMW przyspiesza unosząc młodego mińskiego filozofa w nieznaną dal. Szkoda, że tak mile rozpoczęta znienacka rozmowa równie szybko i niespodziewanie się zakończyła, pozostawiając mnie z otwartym pytaniem o stan mojego umysłu.
On tam daleko, w Mińsku,  pakuje w żyłę sterydy i przewala żelastwo, tonę za toną. Ja tutaj, dręczony tym co zostało niedopowiedziane.  Może będzie mi dane spotkać go znów za rok ?


Przed RDS-em w Ulanowie. Rozsiewam grypę wśród uczestników i organizatorów.


RDS - świecimy przykładem przed startem.
 


RDS – odprawa, przemawia sędzia zawodów, reszta słucha.


RDS – a teraz nagrody !


XX. Sudecka Setka



XX. Sudecka Setka. Start na rynku w Boguszowie-Gorcach



Izerska Wielka Wyrypa – baza w szkole w Smolniku k. Leśnej.


Izerska Wielka Wyrypa – odprawa.



IWW - z Krzyśkiem Drożdżyńskim pozujemy do niepozowanego zdjęcia.


MP 24 h Katowice – koniec pierwszej pętelki (2,5 km). Pozostało ok. 140 km.


MP 24 h Katowice – po 22 godzinach.


MP 24 h Katowice – uśmiech bo została jeszcze ledwie godzinka.


MP 24 h Katowice – zaraz będą dekorować, trzeba się podnieść, przewalone…


MP 24 h Katowice – dekoracja medalistów MP : M.Gulbierz, A.Jagieła (240km z hakiem), J.Dubiecki.


MP 24 h Katowice – protokół.

Sto mil

2 komentarzy

Mój blog zamarł w bezruchu – od maja nie postawiłem tu nawet kropki. Mówiąc „po prawdzie” straciłem zapał do jego prowadzenia, wygasł we mnie ten niewielki ekshibicjonizm konieczny do szczerego opisywania swoich przygód w internecie. Natomiast zapał do biegania, maszerowania, udziału w zawodach jest niezmiennie duży, i to jest najważniejsze. W tak zwanym międzyczasie czyli od maja do teraz wystartowałem w trzech imprezach biegowych i w miarę możliwości regularnie trenowałem.
W lipcu pojechałem do Boguszowa-Gorców i pobiegłem w Sudeckiej Setce. Tak, pobiegłem, nie boję się tego słowa, bo po raz pierwszy bieg miał ilościową przewagę nad marszem. Zrobiłem 72 kilometry w 12 godzin z okładem i tu dałem sobie spokój, bo z obliczeń wychodziło mi że przedłużając dystans do setki wyląduję gdzieś na granicy limitu czasowego. W sierpniu wystartowałem w imprezie PMnO pt. Izerska Wielka Wyrypa. Fajne zawody z dobrą organizacją wyrypały się w drugiej dobie na pogodzie. Przez miasteczko bazowe Leśna k. Lwówka Śląskiego przeszła fala powodziowa. Były to moje pierwsze zawody, podczas których od startu do 65 km biegłem i szedłem w strugach nieustającego deszczu. Wycofałem się po ok. 15 godzinach, a dwie godziny później byłem świadkiem przerażającego spektaklu – powodzi w Leśnej.
W końcu sierpnia pobiegałem trochę w Bieszczadach, w okolicach Myczkowiec lub Myczkowców, jak kto woli. Zrobiłem sobie małą bieszczadzką wyrypę w upalny dzień, na trasie Lutowiska – Otryt  - Polana  - Daszówka – Żuków – Równia – Gromadzyn – Ustrzyki Dolne. To było ok. 40 km, w osiem godzin.
We wrześniu pojechałem, sam niepewny tego co czynię, na… Mistrzostwa Polski :-) w biegu 24-godzinnym. Pierwszy start na asfalcie ( tydzień wcześniej wybieg 20 km drogami w okolicy Rzeszowa - to było wszystko w dotychczasowym asfaltowym życiu ). Hmm… jak dla mnie rewelacja ! Zakochałem się w tej imprezie i właśnie pod kątem biegów 24-godzinnych mam zamiar kontynuować moją oszałamiającą karierę :-) . W MP24H w Katowicach zająłem 37 miejsce na 59 osób startujących, nabiegałem 143 km i 407 metrów. Zwycięzca – Adam Jagieła – przekroczył 240 km.
Wprawdzie rok 2010 kończy się dopiero za ponad trzy miesiące, ale znając moje pisarskie lenistwo podsumuję go tu pokrótce już teraz. Rok był dla mnie bardzo udany – kilka fantastycznych długich wybiegów w Anglii ( muszę je opisać zanim zapomnę szczegóły ! ), fajny RDS ukończony w przyzwoitym czasie, a przede wszystkim bieg 24-godzinny, który więcej niż polubiłem. Chcę nadal startować w różnych imprezach, ale mają one być przygotowaniami pod kątem biegów 24 h.
Ostatnio zapisałem też coś w rodzaju planu biegowego na 2011 rok. Liczy aż 10 imprez i pewnie coś z tego wypadnie, coś się zmieni, ale wygląda to tak :
Luty – Skorpion 50km, Marzec – RDS 100km, 7 maj – 12h Ruda Śląska, 3-5 czerwiec – 48h Katowice, 8-9 lipiec – 24h Irdning, lipiec – Sudecka Setka 100km, sierpień – Konecka Setka 100km, 10-11 września – MP24h Katowice, październik – Maraton Puszczy Kampinoskiej 100km, październik – Supermaraton Calisia MP 100km.
W biegu 24-godzinnym chcę osiągnąć dystans 100 mil (160,938 km) a na MP100km w Kaliszu zmieścić w limicie czasu. Obecnie wynosi on 13 godzin, ale chcą skracać :-( . 
To tyle. Proszę się nie śmiać lub przynajmniej robić to w jakiś bardziej dyskretny sposób -:).
Izerska Wielka Wyrypa 

 W niedzielę 25 maja o 7:30 wyruszam piętrusem linii 96 z Dartford do Woolwich. Na trasie maratonu londyńskiego jestem na pół godziny przed startem. Wyszukuję odpowiednie miejsce do oglądania początku zawodów – jest to skrzyżowanie, na którym łączą się dwie początkowe trasy maratonu. Zawodników jest tak dużo że w celu rozładowania tłoku na pierwszych milach kieruje się ich dwoma drogami. Przy koszarach Woolwich Barracks, 3,3 mili od startu, na skrzyżowaniu Artillery Place i Grand Depot Road te trasy łączą się w jedną, i tu właśnie stoję. 8:35. Na trasie jest jeszcze sennie, kilka osób z obsługi przestawia tam i z powrotem policyjne zapory pod dyktando pana z napisem „leader” na plecach. Pierwsi oglądacze pojawiają się dosłownie na kilka minut przed dziewiątą. I dokładnie wtedy zaczyna padać, ale na szczęście to przejściowy deszcz. Kilkanaście miniut później pojawiają się w końcu zawodnicy. Pierwsze biegną panie kategorii professional. Nieliczna grupka, jeszcze nie podzielona, przemyka witana oklaskami. Chwilę pózniej rozpędzone jak F1 i przypominające bolidy wózki niepełnosprawnych. Wyścig technologii. Czy to aby na pewno jeszcze wózki ? Niektóre są pewnie bardziej zaawansowane technicznie o dobrej klasy samochodu, i na pewno nie tańsze. Na zjeździe, przy którym stoję, osiągają zabójczą prędkość. Następnie profesjonaliści panowie – kilka grupek, każda prowadzona przez conajmniej dwóch pacemakerów w koszulkach w pionowe pasy, z rozwiewającym wszelkie wątpliwości napisem PACE na piersiach. A potem zaczyna się to, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, co przyciąga na trasę dzisiątki a może i setki tysięcy kibiców. Biegnący, kolorowy tłum.
 
A w tłumie: Tarzan przepasany tygrysią skórą; liczne banany; kilka pomarańczy, większe i mniejsze; niezliczona ilość sztucznych rudzielców a la wyimaginowany złoczyńca z filmu „Johnny English”; owad z długimi czułkami i skrzydłami z firanki; człowiek z lodówką na plecach – lodówka prawdziwa, choc pewnie bez agregatu; błękitny rekin, głowa biegnącego wystaje z paszczy; człowiek z tygrysem na plecach – wyjątkowy twardziel ! (gadżet jest potężny, wykonany z jakiejś masy plastycznej, cholernie ciężki ! Ten czlowiek wspiera swoim startem ochronę dzikich zwierząt. Udaje mi się przybić z nim piątkę); dziadek żonglujący w biegu trzema maczugami – oczywiście złośliwcy wyciągają ku niemu dłonie by troszkę go zdekoncentrować :-),; trzech stalowych rycerzy w pełnym średniowiecznym umundurowaniu; człowiek w przebraniu psa, holujący niewidomego (ta dwójka reklamowała fundusz wspierający szkolenie psów przewodników); tak na oko osiemdziesięcioletnia baletnica – babcia wzbudziła niesamowity aplauz, odwdzięczając się uprzejmymi, choć po angielsku powściągliwymi ukłonami; grupka muzułmanów (nie jestem pewien, ale oni chyba się nie przebierali, chyba że tak wygląda muzułmański strój sportowy); sporo żołnierzy lub po prostu wielbicieli militarnego stylu w pełnym umundurowaniu, z wielkimi, obciążonymi plecakami; policjant; pingwin; trzech biegaczy tworzących razem komicznego wielbłąda biegnącego bokiem; sześcioczłonowa gąsienica z napisem GOSH !; dwie butelki piwa z oświadczeniem następującej treści na plecach: „Jeśli Carlsberg czyni ludzi biegaczami to prawdopodobnie widzisz dwóch najlepszych na świecie”; karton jakiegoś soku; banknot o nominale 10 funtów; człowiek – telefon ( tradycyjny ); dwie biegające komórki, raczej przestarzałe modele; strażak w pełnym rynsztunku łącznie z butlą tlenowa, z wiaderkiem w ręku, do którego można było wrzucać pieniądze dla rodzin kolegów poległych w akcji; sporo postaci z Gwiezdnych Wojen; dużo postaci z filmu Avatar; Premier Gordon Brown w garniturze ( nikt nie zebrał aż tylu gwizdów co on ! ); trzy nosorożce w masywnych kostiumach, promujące podobnie jak tygrys ideę ochrony dzikich zwierząt; trzech panów ciągnących na linkach styropianową ścianę z jakimś napisem; Elvis Pesley. Mój punkt obserwacyjny ma tą dobrą stronę że umożliwia zobaczenie w krótkim czasie niemal wszystkich uczestników, a to pozwala przemieścić się do centrum i obserwować walkę na końcowych kilometrach. Wraz ze znajomymi, z którymi umówiłem się pod stacją DLR w Woolwich, jedziemy na Canary Wharf. Pierwszy punkt obserwacyjny to 20 mila w dzielnicy Poplar. Kibiców niewielu, ale jest fajna muzyczka i konferansjer witający po imieniu ( i miejscowości ) niektórych zawodników. Czołówka już przebiegła, teraz przemykają panowie atakujący czas 2:30 – 2:40. Najgłośniej kibicuje podstarzały, wytatuowany punk, z buldogiem na smyczy. Najwyraźniej zapalił coś z samego rana i teraz zaraża wszystkich swoją nadpobudliwością. Buldog wręcz przeciwnie – spokojny, wyluzowany.

Przemieszczamy się między drapaczami chmur i starymi dokami pod prąd maratonu. Kolejne spotkania z masą maratończyków to West India (19. mila) i Canary Wharf (18 i 15). Z trasą żegnamy się przy Millwall Park. Na 15 mili widzę ponownie człowieka – tygrysa, wciąż biegnącego mimo przygniatającego ciężaru. Wszyscy biją mu brawo. Przed pubami na Isle of Dog trwa prawdziwy karnawał. Właściciele apartamentów, zwłaszcza tych z balkonami, organizują tego dnia przyjęcia dla znajomych. Każdy chce być na trasie i popatrzeć jak bawią się inni. Na balkonach łopoczą banery zachęcające do walki znajomych sytartujących w maratonie : „Steve – u can do it !”, „Move your bum Ted !”. Jako ze wiekszosc biegaczy ma na koszulkach imiona kibice moga ich dopingować personalnie. Go Mark, go !!! Na 15 mili jakiś półżywy, niedzielny maratończyk zrzuca z głowy czapeczkę. To będzie moja pamiątka z trasy londyńskiego maratonu – czapeczka Children’s Hospice Shooting Star.

Maratonowi towarzyszy dużo różnych promocji i wydarzeń. Dla mnie wszystkich przebiła londyńska szkoła samby, koncertująca niestrudzenie na Canary Wharf, tuż obok trasy. Udało nam sie nagrać taką oto próbkę : http://www.youtube.com/v/QM7d9SorlRU&hl=pl&fs=1

Maraton Londyński to gigantyczne pieniądze – Sir Richard Branson, właściciel Virgin, zapłacił 17 mln funtów za pięcioletnie prawa do nazwy, kończąc w ten sposób14-letnią umowę organizatorów z producentem margaryny Flora. Branson nie robi złych interesów, więc na pewno mu się to opłaca. Poza meczami reprezentacji Anglii w piłce nożnej i krykiecie chyba nic nie interesuje Anglików bardziej od maratonu. Nawet nie wiem kto wygrał LM, w jakim czasie i jaką kasę za to dostał. Widziałem prawdziwy sportowy karnawał, radość, zmęczenie, rezygnację, euforię, to wszystko o co w sporcie przez mniejsze „s” chodzi. Nie mam ochoty pobiec za rok, bo póki co nie pociąga mnie miejskie bieganie po rozgrzanym asfalcie. Ale jako kibic z chęcią pojawię się na trasie LM ponownie. Było super !

PS. W dniu 9 maja rozpoczęto internetowe zapisy na VLM 2011. W ciągu 24 godzin zgłosiło się… 130.000 osób. Pobiegnie „jedynie” 45.000 szczęśliwców, wyłonionych w drodze losowania.

Zachorowało mi się.
Leżę w łóżku położonym ok. 2000 km od domu. Wokół cisza. Pokój surowy, proste emigranckie wyposażenie. Święta Wielkanocne. Rodzina wsuwa jajko za jakiem daleko stąd. Nie jest mi jakoś baaardzo smutno. Wystarczy wcisnąć memory fajf i za kilka sekund usłyszę głos Luizy i szczeknie Buby. Ale dopiero co dzwoniłem…

Chciałem coś napisać o moim starcie w RDS-ie. Ale nie chce mi się. Napiszę kiedyś, wkrótce. Biegłem, szedłem i doszedłem… ciekawe, czyż nie ? A tak właśnie na RDS-ie było. Byłem 11. w czasie 21:05. Jestem zadowolony i czuję zapas mocy by ten wynik poprawić. Atmosfera fajna, Hubert zabiegany, bigos dobry, za rok jadę.

Jakoś tak jest że jak zawody są udane to nie ma chęci do pisania. Nie piszę więc o RDS-ie, lecz surfuję w sieci. Z nudów lub gorączki zawędrowałem na stronę o biegach na orientację w Grecji. Pochylmy się zatem z troską nad tą ważną dziedziną życia Greków…
Biegi na orientację pojawiły się w Grecji jako sport w… 1997 roku. Wcześniej była drobna przeszkoda – nie było zupełnie dostępnych map. I zero tradycji. Grecja jako ameboidalna wypustka Europy w stronę Bliskiego Wschodu, jest jakby stworzona po to by zbudować w niej bazy i lotniska oraz kilka wyrzutni rakiet. W tym kontekście szwędanie się po krzakach z mapą najwyraźniej nie było nikomu potrzebne. Ale dziś orienteering już tam jest.
Otóż ostanio przeprowadzono badania nad orienteeringiem w Grecji. Poniżej szybkie tłumaczenie. Ustalenia są następujące:

Dotychczas brak było wiedzy na temat motywacji, jakimi kierują się ludzie decydując się uczestniczyć w tym wcześniej nieznanym i raczej skomplikowanym ( ? – przyp. JK ) sporcie. Podczas niniejszego badania przyglądnięto się osobom, które po raz pierwszy miały styczność z tym sportem. Przebadano 355 nowicjuszy po pierwszej przygodzie z zawodami na orientację. Jako narzędzia użyto kwestionariusza do obserwacji i oceny, który wręczono badanym. Grecy płci męskiej stanowili 61,7% próby (N=219), Greczynki 38,3% (N=136). Przeważającą część (83,5%) stanowiły osoby pomiędzy 19 a 44 rokiem życia.
Analiza materiału dowiodła że głównymi powodami startu w zawodach na orientację są: ciekawość / pożądanie nowych doświadczeń, miłość do lasu i ogólnie przyrody, miłość do sportu, wędrowania i zajęć fizycznych w naturalnym środowisku, powody towarzyskie, chęć nauczenia się nowego, wielowymiarowego sportu, zdobycie umiejętności posługiwania się mapą i kompasem, poczucie przygody i odkrywania natury, rekreacja.
Głównymi źródłami satysfakcji dla uczestników były: piękno okolicy, w której rozgrywano zawody, poczucie przygody i wyzwania wiążące się z przebywaniem w nieznanym terenie, emocje wywołane odkrywaniem punktów kontrolnych, nauka orientacji przy pomocy mapy i kompasu, bieg i marsz przez trudny, zalesiony teren, współpraca z przyjaciółmi i współzawodniczącymi ( ledwo zaczęli, a już tramwaje… – przyp. JK ), i w końcu, wielowymiarowy charakter tego sportu.
Główne źródła braku satysfakcji u Greków to: męczące podejścia w trudnym terenie ( nie dla was Kierat, grecka młodzieży – przyp. JK ) oraz złe mapy i złe warunki pogodowe. Dodatkowo w niektórych zawodach z punktami karnymi poczucie irytacji wywołane limitem czasowym ( zaprosić Greków na Skorpiona – przyp. JK ), problemy wynikające ze złej organizacji, błędnych i niewystarczających informacji oraz zlokalizowania niektórych zawodów na obszarze spalonych, podmiejskich lasów. Brak doświadczenia wśród wielu początkujących doprowadził do problemów z użyciem kompasu, słabego zrozumienia zasad biegu na orientację oraz trudności z wybraniem odpowiedniej drogi.

Inne wymieniane niedogodności to konieczność obcowania z pewnymi nieprzyjemnymi roślinami i zwierzętami ( i tak dobrze że nie byli w sklepie spożywczym w Mostkach na RDS-ie – przyp. autora ).
Ogólnie wyniki badania pokazały że młodzi, greccy orientaliści są bardzo zadowoleni z tej nowej dyscypliny i dlatego powinno się czynić dalsze starania w celu promowania tego sportu.

Wszystkich zafascynowanych tematyką greckich biegów na orientację zapraszam na  www.orienteering.org.gr .
Jeśli choroba do jutra nie ustąpi, a gorączka pozostanie na obecnym poziomie, zajmę się pieszymi maratonami na orientację w Mongolii.

Za kilka dni wystartuję w pieszym maratonie liniowym White Cliffs Challenge na południowo-wschodnim wybrzeżu Anglii. Korzystając ze sporadycznego (niestety) dostępu do neta postaram się podzielić tu moimi wrażeniami.
Plan udziału w tej imprezie powstał jeszcze przed wyjazdem do Anglii ( jestem tu od 12 maja ). Pierwsza okazję do startu miałem już w lipcu bo w niedalekim Forest Row w dniu 12 lipca odbyła się impreza pn. High Weald Challenge, z dwiema trasami, w tym dłuższą na dystansie 26 mili, jak na Anglię przystało – angielskich. Ale Forest Row okazało się bliskie tylko na mapie ( dojazd z … czterema przesiadkami ), układ dni roboczych w mojej pracy wyjątkowo niekorzystny, a poza tym… co to ja jakiś sprinter jestem, żeby na dystansie niewiele dluższym niż 40 km startować ? Zrezygnowałem, jednakże ze zdecydowanym postanowieniem że White Cliffs nie odpuszczę. Informacje o imprezie znalazłem na stronie organizatora czyli The Long Distance Walkers Association (LDWA), grupa Kent : www.ldwa.org.uk/kent . Zgodnie ze wskazówkami wysłałem do organizatorów zgłoszenie oraz czek na kwotę 17 funtów. Nie pamiętam dokładnej daty, ale wiem że zrobiłem to w piątek ok. południa. Zwykłym listem, wersja jak najbardziej ekonomiczna. W poniedziałek, też w okolicy południa, otrzymałem listownie potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia wraz z nadanym numerem startowym ( 85 ) oraz ulotkami o Deal i Fowlmead Country Park ( tam będzie znajdować się baza zawodów ). W ten sposób za jednym zamachem poznałem sprawność orgów i potęgę Królewskiej Poczty. Kolejny list otrzymałem zgodnie z zapewniem w trzeciej dekadzie sierpnia ( 21.08 ). To kilkanaście stron detalicznego opisu trasy, kilkanaście stron zapisanych mniej więcej tak (cytuję fragment opisu odcinka Dover – Capel-le-Ferne ) : In 150yds, at NDW/SSW sign, FL and in 70yds FR past barrier. In 200yds, where tk swings R, FL downhill and thru k-g, bearing R. FK thru k-g, TL down steps and BR along rd. At jcn, X rd and TR. I tak dalej, i tak dalej… Do szyfru dołączona jest na szczęście strona deszyfrująca, z której dowiedzieć się można że : tk – track ( szlak ), FL – fork left ( na rozwidleniu w lewo ), FR – fork right ( na rozwidleniu w prawo ), NDW – North Downs Way ( szlak Wzgórz Północnych ), SSW – Saxon Shore Way ( szlak Wybrzeża Saksońskiego ), R – right ( w prawo ), thru – through ( przez ), k-g – kissing gate ( rodzaj bramki ograniczającej mozliwość wjazdu na ścieżki dla ruchu pieszego ), TL – turn left ( skręt w prawo ), itp., itd. Razem ok. 100 skrótów. Z opisu wynika że trasa ma dokładnie 54,7 mili czyli ponad 87,5 km. Może być, choć szkoda że tych dwunastu i pół kilometra pożałowali.

Kilka słów o kosztach zabawy. Wpisowe na długą trasę dla nie-członka LDWA wynosi 17 funtów, dla członków 15 funtów. Co w zamian ? Wyżywienie i napoje na starcie i mecie oraz na siedmiu punktach kontrolnych. Certyfikat w przypadku przebycia trasy. Obsługa pocztowa ( trzy listy : z potwierdzeniem przyjęcia zgłoszenia, ze szczegółami trasy i ostatni z wynikami ). Prysznice w bazie. Lepiej będzie jednak porównać to do polskich rajdów po zakończeniu imprezy. Do wpisowego dochodzi oczywiście transport – bilet kolejowy na trasie Dartford – Deal – Dartford kosztuje 25 funtów. Dodatkowo koszty jedzenia, napojów, ale w tym przypadku będzie to nie więcej niż 10 funtów. Czyli całość powinna się zamknąć kwotą ok. 50 funtów ( 250 zł ). Moim zdaniem jak na drogi kraj jakim jest Anglia to naprawdę niewiele. O porównaniu tego kosztu do zarobków nie wspomnę, to są drobne, a w Polsce niestety nie…

Teraz będzie o treningu… bardzo krótko, bo nie można pisać długo o czymś czego prawie nie było. Biegam tak jak pozwala praca, czyli prawie wcale. Raz lub dwa razy w tygodniu po ok. 10-20 km. Tereny do biegania wręcz fantastyczne : pagórki, sporo lasu ( Joyden’s Wood ), a zwłaszcza dwa piękne obszary jakby stworzone dla biegaczy, a mianowicie wrzosowisko Dartford Heath i Foots Cray Meadows czyli przepiękne łąki nad rzeczką Cray. Angielskie bieganie w terenie ma jedną zasadniczą przewagę nad bieganiem w Polsce : nigdzie, ale to nigdzie nie zdarzyło mi się napotkać charakterystycznych brązowych kopczyków nakrytych papierkiem ( wersja light ) lub liściem ( wersja hardcore ). Plener nie oznacza tu szeroko rozciągającej się, niekończącej się toalety, by nie rzec bardziej swojsko – kibla ! Nigdzie nie spotkałem też gór porzuconych śmieci, będących charakterystycznym elementem polskich pól i lasów. Jest wręcz nieprzyzwoicie czysto, tu każdy wie że las to nie śmietnik. Chociaż… ostatnio na Dartford Heath natknąłem się na swojsko wyglądającą kupkę połamanych płyt gipsowo-kartonowych. Podchodze bliżej, przyglądam się… a tu wśród gruzu znajome puszeczki po piwie Tyskie :-). Nasi tu byli ! Do sporadycznego biegania dołożyć muszę jazdę rowerem ( do pracy i z powortem, razem ok. 40-50 minut dziennie ) oraz samą pracę, która spowodowała że nigdy wcześniej nie byłem tak silny fizycznie. Pracuję z ludźmi niepełnosprawnymi fizycznie i/lub umysłowo. Kto nigdy np. nie ubierał takiej osoby, ten nie będzie wiedział o czym mowię. W każdym razie kilkanaście razy dziennie mam specyficzną siłownię z elementami sztuk walki.

Jeszcze kilka słów o mapach. Jadąc do Anglii obawiałem się że będę miał kłopot ze znalezieniem czegoś, z czym można biegać na orientację. Ale jakość map firmy Ordnance Surveys (OS) w skali 1:25000 przerosła moje marzenia ! Mapy te kosztują ok. 8 funtów za arkusz ( w promocji 12 funtów za dwa arkusze ), dostępne są praktycznie we wszystkich księgarniach.  Bieganie z nimi to przyjemność, zaznaczone jest dosłownie wszystko co istotne w nawigacji. Rewelacja ! 

12 września ok. 5:30 wsiadam do pociągu z Dartford do Deal i ruszam na podbój White Cliffs. Po powrocie zdam relację a.s.a.p.. Trzymajcie kciuki :-), z góry dziękuję !

Porażka… Porażka zaczęła się już na etapie planowania. 12 września o godz. 4:30 wychodzę z domu w Dartford, piechotą 2 km na stację kolejową w centrum miejscowości. Podróż bez przygód, planowałem trochę przespać się w pociągu, ale oczywiście zwycięża ciekawość i dusza turysty – zamiast się zdrzemnąć wypatruję w rzednącym mroku krajobrazów Kentu. Ok. 6:00 wysiadam na stacji w Dover.  Pusto, sennie, tylko ja i jeden kolejarz. Czekam na pociąg do Deal, który nadjeżdza po trzech kwadransach. W Deal odkrywam smutnę prawdę – żeby dostać się na linię startu muszę się przejść nieco, jakieś 6 kilometrów ! Jest sobota rano, porządni Anglicy śpią w najlepsze.  Anglicy nienormalni, czyli chodzący długie dystanse, zdążają na linię startu swoimi samochodami.  A Polak idzie w stronę bazy. Nie ma autobusów, nie ma taksówek… nóżki ci pozostały, ty mistrzu planowania ! Idę zatem pustą drogą na północ, w stronę parku przyrodniczego Fowlmead. Ten kompleks to prawdziwa ciekawostka – to zrekultywowany teren byłej kopalni odkrywkowej węgla. Wpompowano tu gigantyczne pieniądze, ale śladów jakiegoś znaczącego ruchu turystycznego raczej nie widać. Po pierwsze mimo kryzysu przeciętni Anglicy mają wciąż jeszcze dość pieniędzy by wypoczywać nad ciepłym morzem Hiszpanii, a nie chłodnym kanałem La Manche. Po drugie wybrzeże White Cliff jest samo w sobie tak atrakcyjne, że podczas weekendowych pobytów turyści wybierają spacer po skałach z widokiem na Francję zamiast po niewątpliwie ładnym, lecz nieco nudnym parku z oczkami wodnymi. Ale mimo wszystko dobrze się stało że nie pozostawiono tu ordynarnej dziury w ziemi.

Punkt starowy znajduje się w tymczasowym budynku – baraku dyrekcji Parku. Baza przypomina to co można znaleźć na naszych krajowych setkach. Tylko ilość wolontariuszy jest nieporównywalnie większa. Zaangażowane są całe rodziny biegaczy – ktoś częstuje herbatą, ktoś inny rozdaje ciasteczka… Odbieram kartę starową i po krótkim przygotowaniu staję w ponad stupięćdziesięcioosobowej grupie na starcie. Jest burmistrz miasta Deal ze złotym łańcuchem na szyi, zachwala okolicę, chwali organizatorów. Deal to pierwsze miasto południowej Anglii, które otrzymało status „Walkers Are Welcome”. Po przemówieniach burmistrz w końcu strzela z podanego na poduszce pistoletu i ruszamy.  Ja mam już za sobą 8 godzin i 10 kilometrów w nogach. A po starcie dodatkowo robię szkolny błąd, zaczynam biec i to szybciej niż na treningach. Sił wystarcza na jakieś 5 kilometrów, gdy dobiegam do morza czołówka zaczyna się oddalać. Ale przez chwilę poczułem jak to jest gdy jest się w czubie stawki :-) .

 

Pogoda cudowna, maszeruję bardzo szybko miejskim wybrzeżem w Deal. Słońce opala lewą połowę twarzy. Jest ciepło, ale gdy tylko zawieje od morza odechciewa się zdejmowania warstwy ciuchów, dużo grubszej u mnie od tej u Anglików. Pierwszy PK znajduję się w Kingsdown, tuż przy początku podejścia na White Cliff. Zaskakuje mnie organizacja PK – jest tam kilka osób, mnóstwo różnych napitków, ciastka, orzeszki, połówki bananów, cząstki pomarańczy, kostki czekolady, kanapki… Mimo że to zaledwie 7-8 kilometr można urządzić sobie biesiadę. Ja łykam jakiś sok i pnę się na skały. Widok jest przepiękny, ścieżka wygodna, sporadycznie ktoś mnie wyprzedza, tak na oko jestem na 20-25 miejscu. Cała trasa prowadzi wierzchołkiem klifu, ufortyfikowanym w czasie Bitwy o Anglię. Co kilkaset metrów coś ciekawego: bunkier, transzeja, jakieś betonowe budowle niewiadomego przeznaczenia, ślady okopów. Docieram do Dover i tu nagle nogi odmawiają posłuszeństwa. Łapią mnie bardzo silne skurcze łydek. Skurcze dopadły mnie tuż po PK2, w idiotycznym miejscu, w przejściu dla pieszych pod główną ulicą miasta. Stoję i nie mogę zrobić choćby kroku, trwa to dobre kilka minut zanim udaje mi się opanować ból. Dalsza droga to ciągła walka z powtarzającymi się skurczami. Właściwie już na podejściu z Dover na Western Heights uświadomiłem sobie, że nie ukończę tej imprezy. Najrozsądniej byłoby wycofać się do Dover, pomoczyć nogi w morzu i wrócić wieczorem do bazy po rzeczy. Ale czekałem na te zawody tak długo, że postanawiam jednak iść dalej. Wchodzę na skałę Szekspira – nie mogę być na własnych nogach bliżej domu, bo to punkt Wielkiej Brytanii położony najbliżej kontynentu. Znów bunkry, piękne widoki, fajny orzeźwiający wiatr, statki na morzu, pokrzykiwanie mew, słońce. I skurcze…

Na PK 3 w Capel-le-Ferne ( punkt mieści się w… kościele – czy w Polsce to możliwe ? )  znów walczę z sobą i ochotą na rezygnację, co byłoby pewnie najrozsądniejszą decyzją. Ach, no i sympatyczni Anglicy ze swoim nieodłącznym „Are You all right ?”, na które nie oczekują tak naprawdę odpowiedzi. Ale i tak ich lubię ! Idę dalej, jeszcze do PK4 i koniec, tak postanawiam. Po minięciu pomnika Bitwy o Anglię szlak oddala się od morza i zaczyna biec krawędzią wzgórz zwanych Folkestone Downs. Region jest niezwykle ciekawy. Po drodze mijam grodzisko, stare wyrobiska wapienia, nagie wzgórza z widokiem na miasto Folkestone i morze oraz na terminal, w którym rozpoczyna się podróż tunelem pod kanałem La Manche. Ale mi najbardziej spodobał się Folkestone White Horse – gigantyczny koń wyryty na stromym, wapiennym wzgórzu. Anglia słynie z takich obiektów, ale ten jest wyjątkowy bo najmłodszy, ma zaledwie kilka lat. Co kilka kilometrów spotykam tego samego fotografa ! Ten człowiek jet niezmordowany, przemieszcza się samochodem i robi z zapałem zdjęcia. Będzie je można kupić na CD za kilka funtów, które powędrują do rodzinnego domu dziecka w… Ekwadorze ! Bo ten angielski fotograf w wolnych chwilach zbiera pieniążki dla sześciorga dzieci z Ekwadoru.  Nikogo tu to nie dziwi, wiele osób naprawdę angażuje się w działalność dobroczynną, często bardzo egzotyczną, całym sercem. Z moim marszem jest coraz gorzej – kuśtykam i zatrzymuję się co kilkadziesiąt metrów by rozmasować łydki. Wyprzedzają mnie kolejni uczestnicy z obowiązkowym „U’ll right ?”. Jedna z pań częstuje mnie jakimś proszkiem likwidującym skurcze. Dziękuję, zażywam, ale jedna tabletka nie zmienia nic, idzie mi coraz gorzej.  Dochodzę w końcu do Etchinghill, w momencie gdy wolontariusze zaczynają powoli zwijać PK4. Zgłaszam oficjalnie wycofanie się z zawodów i zdaję kartę startową. Nawet mi specjalnie nie szkoda, ból zesztywniałych łydek  jest tak dotkliwy, że likwiduje wszelkie wątpliwości. Teraz myślę o czymś zupełnie innym, uświadamiam sobie że muszę jakoś z tego Etchinghill dojechać do Deal… a w sobotę po południu na prowincji to już prawie nic nie jeździ! Na całe szczęście „ekwadorski” fotograf jest i tutaj, i mogę zabrać się z nim do Deal. Nie jestem sam, oprócz mnie na PK4 wycofują się jeszcze cztery osoby. Podróż do Deal przypomina mi trochę Polskę – jedziemy w sześć osób czterosobowym autkiem, jest wesoło, kierowca każe chować głowy gdy pojawia się policja. Ja mam dobrze bo jako największy z towarzystwa ląduję na siedzeniu obok kierowcy i mogę podróżować oficjalnie, z podniesioną głową. Fotograf odwozi nas do Deal, po kolacji zabieram się z sympatycznym siedemdziesiąciolatkiem ( pokonałem go ! wycofał się na PK4 kilka minut po mnie ) jego samochodem, wysiadam w Dover i idę na stację ( jeden kilometr ) przez dobrą godzinę …No cóż, Polska nie może być dumna z moich wyników sportowych… Ale skoro nie mogłem być najszybszy to starałem się przynajmniej być grzeczny i kulturalny, nie rzucałem papierków , a skórki z bananów niosłem do kosza przez wiele kilometrów. W tych kategoriach Polska może być ze mnie dumna ! 

Dzięki szczęśliwemu splotowi zdarzeń zostałem niejakim Harpaganem. Relacja z Bytoni i okolic wkrótce.
PS. Dlaczego Bytoni przez jedno „i” ?! Ale ponoć tak właśnie jest poprawnie.



  • RSS