Start sprzed budynku szkoły. Biegnę. Jestem najwolniejszym z biegaczy, ale… późniejsi zwycięzcy zapędzają się gdzieś w okolice rynku i wyprzedzają mnie dopiero na moście na Sanie. Skręcam w drogę do Przędzla. To już po raz trzeci idę tą drogą, na drugiej i trzeciej edycji rajdu też tędy szedłem. 50 kroków biegu, 50 kroków marszu, i tak na zmianę. Nie widzę przed sobą żadnych czołówek, za to goni mnie kilka światełek. Docieram do Przędzla, dróżką między domami dochodzę do drogi-widma, której nie ma na mapie, ale pamiętam ją z ubiegłego roku. I tą drogą na północny zachód, do torów-widma, których także nie ma na mapie. Potem dróżkami wzdłuż linii kolejowej z szerokimi torami LHS, aż do przecięcia z tradycyjną linią kolejową. A później torami, co pewnie było błędem, bo w świetle czołówki widzę niezłe drogi po prawej i lewej. Ale jakoś nie chce mi się zejść z nasypu. Wyprzedzają mnie Zenek Lulek z Markiem Michalczykiem, tak na oko poruszają się dwa razy szybciej niż ja. Biegną po torach, a ja idę szybkim krokiem, skacząc z belki na belkę. W końcu przecięcie z drogą do Niska w Nowosielcu i jeszcze ze dwieście metrów do kuriozalnego „wiaduktu donikąd”. PK1 podbite.
Długi marsz, a czasem marszobieg asfaltówką w stronę Niska. Trzeba uważać na pędzące samochody. Już grubo po północy, a ruch całkiem spory. Po ok. 4 km skręcam w las i śledząc numerację sektorów zbliżam się do PK2. Ten punkt pamiętam z II edycji RDS-u – Babia Góra, czyli wielka wydma w środku lasu. To tu zgubiłem kontakt z Andrzejem Sochoniem, to tu na chwilę "odcięło mi prąd", stąd dzwoniłem do żony z informacją, że się poddaję… po czym poszedłem dalej. Teraz spotykam jakiegoś napieracza, dowiaduję się tylko tyle, że jeździł do tej pory wyłącznie na rajdy rowerowe. Chyba dlatego jest w lekkim szoku, gdy idę „na rympał” przez rozlewisko w lesie. W tym roku, póki co, na wodę nie można narzekać, panuje susza gdy porównać z rokiem ubiegłym. Przed punktem na Babiej rozchodzimy się, każdy wbija się w PK2 po swojemu.
Las, las, las… w końcu asfalt. I zaraz ponownie las, las, las. Idę sam, jakieś 50 m przede mnę widzę Mariusza Pietrzaka. Trójkę zaliczam po krótkim błądzeniu, widzę w pobliżu punktu Leszka Herman-Iżyckiego i jeszcze jednego zawodnika.
Wracam tą samą drogą do asfaltu, a potem maszeruję na południowy zachód, drogą nudną jak flaki z olejem, kontrolując jedynie numerację słupków. Staram się iść szybko, sporadycznie przechodząc w świński trucht. Po ponad 4 kilometrach skręcam w las na północ i bez problemów podbijam PK4, umieszczony w niewielkiej ambonce na skraju lasu. Odchodząc z punktu spotykam Jacka Janowicza. „Kurde, ja to jestem wymiatacz, Jacka wyprzedziłem!” – taka dziecinna myśl, a dodaje mi sił :-).
Truchtam na południe wygodną przecinką przez kolejne niewielkie pagórki. Od czasu do czasu spoglądam za siebie, a w oddali majaczy mi „Jacek”. I choć nie wiem czy to on, bo jest za daleko by rozpoznać, to właśnie przed nim uciekam. Taki wirtualny poganiacz. PK5 wchodzi jak w masło. Kątem oka widzę postać w czerwonej kurtce, zbliża się szybko. Trzeba wiać!
Tak, trzeba wiać, ale najlepiej sprawdzić wcześniej dokąd… Radośnie nawiguję z piątki w stronę… PK7. Na szczęście orientuję się w sytuacji w miarę szybko i nawracam się na właściwą drogę. A droga asfaltowa, nawigacja łatwa. Doganiam czerwoną postać, jest to Leszek Herman-Iżycki. Wyprzedzam go. Dzwonię do Janusza Słopieckiego, walczy ambitnie gdzieś między trojką a czwórką. Zaczyna padać – z nieba leci coś pomiędzy deszczem a śniegiem. Na PK6 spotykam Jacka Janowicza, któremu tak zawzięcie uciekałem, ze aż nie zauważyłem jak mnie wyprzedził. Spotykam także drugiego kolegę - to Grzesiek Korpula (o czym dowiem się dopiero z tabeli wyników :-) ), z którym będę maszerował już do końca.
Bagnistą drogą w stronę Zalesia. Tutaj wizyta w sklepie spożywczym. Jest ok. 8:00 rano, dla kilku tubylców świetny czas na poranną, pierwszą butelkę wina. Miło gawędzimy przez chwilę o problemach współczesnego adventure racingu ("chyba was pojebało"), żegnam się i znikam zaopatrzony w litr pepsi. Długi przelot asfaltem, a przy zachodnim krańcu wsi wejście w zagajnik. PK7 (ambona) podbity.
Znów długo i ociężale asfaltem. Na szczęście rozmawiamy trochę z Grześkiem, więc czas i kilometry szybciej lecą. Gubię mapę, ale sympatyczny pan na motorowerze wraca się, by przywieźć mi moją własność. Ładnie dziękuję. Staramy się wypatrzeć jakiś skrót, którym można przebić się w stronę Jeżowskiej Góry i PK8. W końcu łąkami i ornym polem wspinamy się na wzniesienie. Wyprzedza nas Mariusz Pietrzak, a na punkcie dogania nas Leszek Herman-Iżycki. Przez chwilę mam ochotę podłączyć się jak przylga do pana Leszka, zwłaszcza, że zapowiada się niezła nawigacyjna jazda na trasie do PK9. Ale honor napieracza zwycięża i postanawiamy walczyć sami. „Nawet jak wdupimy, to zawsze można to ładnie wytłumaczyć, nazywając wariantem autorskim” – mówię do Grześka i ruszamy.
Czy to już fatamorgana? Przed nami przebiega piesek rasy beagle. Nie, to rzeczywistość, obaj widzimy to samo. Dookoła fajna sceneria: pola poprzecinane kanałami melioracyjnymi, zagajniki, trzciny, zupełna dzicz. Teren stworzony wręcz dla dzikich zwierząt. I wkrótce widzimy obrazek jak z taniego landszaftu – na łączce stado jeleni karpackich, wpatrzonych w nas ze zdumieniem. Kluczymy, szukamy mostków, których dawno już nie ma, w końcu decydujemy się na uciążliwy marsz brzegiem potoku. Ciężko, ale skutecznie. Po za tym „autorski wariant” dał możliwość obserwacji efektów pracy bobrów. Z radością podbijamy karty na PK9, wg mapy najtrudniejszym. Uff, gorzej już nie będzie! Na punkcie spotykamy Jacka Janowicza, Wojtka Burzyńskiego i Sławka Mojsiuszko.
Na PK10 idziemy okrężną drogą, przekraczając rzeczkę Rudną przez most k. nadleśnictwa w Rudniku. Długi przelot asfaltem. Widzę, jak z naprzeciwka biegną dwie „pięćdziesiątki” - Ula „Krolisek” i Irek Kociołek, ale skręcają z szosy zanim zdążymy się przywitać. Dojście na punkt banalne. Znów spotykamy trzyosobową ekipę białostocką. Dzwoni Janusz. Zgubił kartę i mapę przed PK8. Szedł na krechę przez pola. Na znalezienie nie ma prawie żadnych szans, ale walczy i szuka. Spełnił się mu zły sen rajdowicza, może lepiej, że nie na kilometr przed metą... W końcu rezygnuje i wraca szosą do Ulanowa. Zrobi 80 km i nie będzie klasyfikowany… Pech.
Trochę lasem, dużo asfaltem, dochodzimy do Kopek. Tu krótka wizyta w sklepie spożywczym. Ja nie wchodzę – w srodku jest tak gorąco, że boję się osłabienia. Dlatego podreptuję w miejscu przed sklepem, przy okazji udzielając „wywiadu” miejscowym degustatorom piwa Trixx (nie znałem) z puszki. Dojście do PK11 na brzegu Sanu łatwe i przyjemne. Tylko myśl, że zostały jeszcze 22 km, działa demotywująco… Grzesiek przeżywa kryzys, na kilka minut odstaje od grupy (2 x Białystok + my), ale szybko wraca do formy. Dzwoni do mnie mój jedyny kibic (poza żoną, oczywiście) – kolega Tadek. Taka rozmowa bardzo podbudowuje.
PK12 czyli wspomnienie zimy. Wspinamy się po śniegu, stokiem, obok wyciągu narciarskiego w Krzeszowie. Góra całkiem, całkiem – 224 m n.p.m. i prawie 70 metrów wysokości względem Sanu. Zaczyna się ściemniać, jest wilgotno i zimno. Gdyby tu podjechał ktoś po mnie samochodem, to pewnie bym się skusił na zakończenie. Ale na szczęście nikt nie podjeżdża.
Przez kolonię Kamionka i Kamionkę Dolną kierujemy się na przedostatni punkt. Łatwo nie jest. W lesie nic się nie zgadza, są drogi, których być nie powinno, nie ma zaś tych pozornie oczywistych. W ciemności zdaję się na nawigację kolegów, na chwilę wyłączam umysł i idę za stadem. Spotykamy ponownie Jacka, ma ten sam co my problem. Razem czeszemy zarośniętą polanę na wypłaszczonym szczycie wzniesienia. W końcu decyduję się na telefon do Huberta, z pytaniem o jakimż to ogrodzeniu myślał poeta pisząc „drzewo przy ogrodzeniu 89km”. Lecz zanim otrzymuję odpowiedź słyszę radosne „jest!”. Wojtek znalazł punkt. No, jeśli te dwa zbutwiałe patyki to jest ogrodzenie, to drzewo przy nim rosnące jest baobabem. Ale ważne, że został nam już tylko jeden punkt.
Idziemy w pięciu grzbietem w stronę wsi Glinianka. Mam wrażenie, że wioska oddala się, zamiast przybliżać. Zmęczenie, zniechęcenie. Praktycznie nikt się nie odzywa, szkoda marnować siły. Dopiero we wsi zasięgamy języka, upewniamy się, że idziemy dobrze. Teraz już nie można się zgubić, droga prowadzi prosto jak strzała. Grupa rozjeżdża się: Jacek i Wojtek napierają truchtem, my w trójkę człapiemy mozolnie do Dąbrówki. Mijamy jakiegoś zawodnika, który wyraźnie przeżywa kryzys, ale nie chce skorzystać z oferowanej pomocy. Podbijamy karty na PK14. To już prawie koniec!
Jeszcze 4 kilometry. Nie spieszymy się, mamy spory zapas czasu, a zerowy zapas sił, więc nie ma mowy o szarżowaniu. Przez cmentarz żydowski dochodzimy do ul.T.Buli i szkoły. 22 godziny 31 minut, 15 miejsce. Mission completed. A że zwycięzca był dwa razy szybszy? No cóż, mam kogo gonić na piątym RDS-ie.
skomentuj (1)